Moda i ciało. Niebezpieczny związek.

Moda i ciało. Niebezpieczny związek.

Jesteśmy „overdressed”.

Nasze szafy są pełne ubrań, w większości nienoszonych (statystycznie to ok. 80%).  Trochę rzeczy co prawda wyleciało na fali kwarantannowych porządków, ale ciągle słyszę, że zostało dużo za dużo. Także dlatego, że niektóre ciuchy- zwłaszcza te za ciasne- mają swoją specjalną misję. Wiszą i robią „BUUU”. Są jak wyrzut sumienia, kara za dodatkowe centymetry w obwodach i zwiększony społeczny dystans guzika i dziurki w pasku od spodni. Podobno motywują do schudnięcia, ja wolę nazwać to masochizmem i dowalaniem sobie.

Wiele tych ciuchów nigdy nie lubiłyśmy. Nie specjalnie podobały się nam nawet w sklepie. Zostały kupione ZAMIAST. Są tylko przejściowe. Na warsztatach wizerunkowych, które prowadzę i podczas przeglądów szafy, słyszałam to wielokrotnie: „Gdy schudnę, kupię wreszcie te naprawdę fajne ubrania, w moim prawdziwym stylu, w ulubionym kolorze, z lepszych materiałów, droższe, może nawet od etycznych marek.”

A teraz? Trzeba się tylko zamaskować, ukryć te znienawidzone fałdki, zakryć ramiona, schować brzuch, wyszczuplić uda kolejną parą nudnych czarnych spodni. Żadnych szaleństw, tylko bezpieczny kamuflaż. Coś taniego, bo przecież tylko na chwilę, na poprawę humoru.  Na kilka miesięcy… lub pół wieku. Brzmi choć trochę znajomo? Jeśli nie- jesteś szczęściarą i możesz skończyć czytanie  już teraz.

To nie będzie rozprawka o społecznych i ekologicznych kosztach taniej,  jednorazowej mody. O tym pisałam już na tym blogu wielokrotnie.

Zasłużyć na ubrania

Dziś chcę się tylko podzielić refleksją, że odpowiedzialna, etyczna moda zdarza się częściej tam, gdzie nie musimy zasłużyć na dobre ubrania i fajne życie. Gdy jesteśmy wystarczająco OK już dzisiaj i nie fantazjujemy o idealnym jutrze. Gdy możemy wydać więcej na rzecz, którą kochamy od pierwszej przymiarki i nosić ją przez kilka lat. Bo jest nasza, bo mamy w tyle sezonowe trendy. Bo nie musimy co pół roku udowadniać światu, że dotrzymujemy kroku modzie. Nadążamy. Z zadyszką, ale jednak. Gdy przestajemy być tak cholernie surowe dla siebie samych i podejrzewać o te krytyczne spojrzenia cały świat. Wtedy łatwiej nam ratować świat swoimi małymi wyborami.

Internet pełen jest złotych myśli o mocy miłości do siebie, ale teorii czasem najdalej jest do praktyki. Zgadzamy się, wiemy, rozumiemy, ale robimy swoje. Koleiny nawyków są zbyt głębokie.

Gdy na facebook’owej grupie dla dziewczyn wrzucam ankietę z pytaniem o stosunek do swojej wagi, 30 dziewczyn odpowiada „moja waga jest ok”, ale niektóre jednocześnie dodają, że chciałyby mieć silniejsze ciało, albo mniejsze obwody. Cztery wybierają opcję „chciałabym ważyć więcej” (też poczułaś to ukłucie zazdrości?;). Aż 85 chce ważyć mniej. Generalnie zero zaskoczenia. Zawsze mamy coś do poprawienia. Zawsze!

Znasz ten wiosenny refren, głośniejszy z każdym cieplejszym dniem: „Czy jesteś gotowa na sezon bikini?!”. Zostało jeszcze 90, 60, 30 dni… 5,4,3,2,1,0!  Buuuuu, sorry, odwołujemy Twoje idealne lato. Znowu nie zdążyłaś, żałosna ofiaro losu! Możesz sobie co najwyżej posiedzieć na plaży w ustronnym miejscu, a na Instagram wstawiać widoczki i zachody słońca. Pamiętaj by narzucać pareo na strój!

Słyszysz to?! Przesadzam? To może inna scenka. Teleportacja. Upalny dzień, jezioro na końcu świata. Ty i on. Facet rozbiera się i wskakuje do wody. Po prostu.  A Ty? STOP! „Czy na pewno wyrwałaś i zgoliłaś wszystko, co trzeba? Jak tam cellulit w świetle dziennym?”

W ilu kobiecych głowach stale słychać ten szept, a raczej syk wewnętrznego dopierdalacza?!

Postaraj się

Czy to przypadek, że drewniaki deformujące stopy nosiły w Azji tylko dziewczynki? Podobnie jak metalowe obręcze wydłużające szyje afrykańskich kobiet.  Wycinane żebra, gorsety, niebotyczne obcasy, kilkugodzinne makijaże. Kremy przeciwzmarszczkowe, właściwie cała armia kosmetyków ANTY AGING, która zabrania Ci się zestarzeć. W języku zapisana jest intencja: w tym przypadku brak zgody na zmarszczki, starość i tzw. wszelkie niedoskonałości. No i te szampony dla kobiet: do włosów cienkich, zniszczonych, przetłuszczających się i w ogóle fuj i ble.

Codziennie na wiele sposobów świat mówi nam, że coś jest z nami nie tak. Musimy się porządnie wysilić, by zrobił nam trochę miejsca w drugiej klasie. Panowie przodem. O przepraszam- panie przodem, byle nie w polityce i biznesie, raczej w windzie. Chyba tylko po to, by ocenić nasze tyłki.

A’ propos tyłków: Już w dzieciństwie zauważamy, że wygląd to gruby temat. Odchudzać potrafią się kilkuletnie dziewczynki, komunikując tym otoczeniu, że nie podobają się sobie, są popsute.  Czasem uczą się tego od mam, które codziennie powtarzają przed lustrem, że są za grube, brzydkie i stare. Liczą pewnie na sprzeciw, dobre słowo, może na wsparcie, albo chwilę dla siebie.

Dojeżdża nas nie tylko kultura w wersji posh i pop. Religia też dorzuca swoje pięć groszy z komunikatem: ciało jest grzeszne. Ciało chce tylko uciech, jak mu za bardzo ulegniesz pójdziesz do piekła, a wcześniej spalimy Cię na stosie. Już nie ma stosów? Faktycznie. Ale to nie kłopot, w końcu idziemy z duchem czasów- zrobimy wirtualny stos i upieczesz się w ogniu hejtu.

No dobra, oddalałam ten moment, ale miało być osobiście… No to będzie. Wskoczę na linę nad przepaścią autocenzury i podzielę się swoją historią. Odsłonię miękki brzuszek, licząc, że nie oberwę z półobrotu.

Waga

Mam takie zdjęcie, które mnie boli. Widać na nim ładną nastolatkę, która powinna „korzystać z życia”. Ma 18 lat, waży 55kg (168cm wzrostu) i nienawidzi swojego ciała. Już od kilku lat, odkąd nabrała bardziej kobiecych kształtów. Uważa, że jest gruba. Chce ważyć 48kg. Roi sobie, że dopóki nie schudnie, nie zacznie żyć naprawdę. Wszystko jest tylko na przeczekanie, a zabawa zacznie się, gdy będzie bliższa ideałowi. Teraz są same wyrzuty. Całymi dniami ogląda Fashion TV, podziwiając piękne kolekcje, na jeszcze piękniejszych super-szczupłych-modelkach. Co robi? (Poza tym, że zostaje projektantką ubioru.) Odchudza się, a jakże. Chce zasłużyć na te wszystkie przyjemności dla pięknych ludzi. W zasadzie się głodzi, spędzając dni tylko na sokach warzywnych albo samych jabłkach. A potem coś w niej pęka i opróżnia lodówkę, aż do bólu brzucha. Potem za karę ćwiczy przez kilka godzin. I obiecuje sobie, że to był ostatni raz. I tak przez następne lata. Rozpędzona karuzela ze stałym motywem przewodnim: wagą. Cała reszta przy okazji i na drugim planie.

W międzyczasie czyta coś o anoreksji i bulimii, ale z ulgą odkrywa, że to nie jej problem. Ona nie wymiotuje i nie jest chuda. Po prostu musi „się ogarnąć”, a od celu dzieli ją tylko tych kilka cholernych kilogramów.  Jakby się dobrze zorganizować, można je zrzucić w miesiąc lub dwa.

Przełom

Następuje wtedy, gdy po studiach wyprowadzam się z rodzinnego domu, a demony razem ze mną. I przyznaję sama przed sobą, że od dawna nie daję rady i nie mam już siły. Przekraczam próg ośrodka psychoterapii zastanawiając się, czy ktoś znajomy mnie widział. (Czy to dalej temat tabu?) Po trzech miesiącach terapii grupowej, na której nie miałam wrażenia spektakularnej zmiany… zauważam, że już się nie objadam i mam dla siebie więcej serca. Budzę się do życia. Powoli, jak udomowione zwierzę, które wraca do lasu, do siebie. Jakimś cudem nie odpędzam od siebie człowieka, który poznał mnie w tym najczarniejszym dole.  Dziś też jest obok. Swoją drogą, to jest całkiem niezły patent na związek: pokazać się kandydatowi na księcia od najgorszej strony i sprawdzić, czy nie ucieknie. Potem już prawie z górki ; )

Jednak jeszcze za wcześnie na wybuchające korki szampana i confetti. Droga do akceptacji to bardziej maraton niż sprint. Między wyniszczającymi praktykami, a przybiciem sobie i życiu piątki, jest dużo do zrobienia. Nie poczęstuję Was mocną historią z jedną przyczyną tego szaleństwa. To puzzle z 1000 niepozornych elementów i szkoda mi czasu na grzebanie się w przeszłości. Mówię o tym tylko dlatego, że zaburzenia odżywiania zaburzają życie. Jeśli ta historia zabrzmiała znajomo- proszę, nie czekajcie, aż wszystko samo się jakoś ułoży.

Mądrość ciała

Z wiekiem nauczyłam się, że ciało nie jest tylko do wyglądania. (Dla kogoś z branży mody jest to epokowe odkrycie). Ciało jest do życia i ma swoją mądrość. Nie wierzysz? Zobacz, co mówi Ci ciało, gdy przychodzi propozycja awansu? Może rozum już liczy zera na koncie, a Twoje ciało zaczyna drżeć, krew odpływa z głowy, albo zaciska się szczęka? Co masz w brzuchu, gdy decydujesz, czy pójść na podyplomowe studia? Jak zmienia się oddech, gdy dopuszczasz myśl o dłuższym urlopie, albo całym gap year?

Ciało jest mądre. Jeśli nie jesteś gotowa, by dać się mu prowadzić, przynajmniej zauważ jego cichy szept. Konsultacje z ciałem nic nie kosztują, tego najlepszego doradcę masz zawsze przy sobie. Ja wsłuchiwania się w ciało uczę się na macie do jogi. Ty możesz zupełnie gdzie indziej i po swojemu. Rozczarowałam Cię stwierdzeniem, że zmiana to proces? Szukasz recepty? Podrzucę na koniec coś, co u mnie działa.

Wdzięczność

Gdy mam gorszy dzień i wracają pretensje do ciała, że dwa kilogramy za dużo, że za mało sprężyście, że zmarszczek nie rozprasował długi sen – wtedy wracam do wdzięczności. Na początek dziękuję za to, że nic mnie nie boli. Po prostu. Są ludzie, którzy bezskutecznie proszą tylko o kwadrans wytchnienia od bólu.

Jeśli to zbyt abstrakcyjne, dziękuj za sprawność i samowystarczalność.
Umiesz sama się umyć i przebrać? Nikt nie zmienia Ci pieluch? Mnie też! Mamy więcej, niż myślimy.

Dalej za ostro? To może wdzięczność za to, że możemy tym ciałem realizować swoje cele i ruszać w znane i nieznane. Tulić dzieci, głaskać psa. Przemieszczać się, zatańczyć, poturlać się w trawie lub na śniegu… Nie pamiętasz, kiedy ostatnio to robiłaś? Przejdź na offline i spróbuj!

PS. I jeszcze małe sprostowanie dla tych, którzy słabiej mnie znają i mogli nieco opacznie zrozumieć. Naprawdę nie chodzi o to, żeby przestać kupować ubrania, malować się czy ćwiczyć. Ubranie to nie guilty pleasure, ale nasza codzienna, naturalna potrzeba. Nie musimy przepraszać za to, że chcemy się podobać. W dbaniu o siebie jest całkiem sporo miejsca na rozpieszczenie siebie pielęgnacją, pięknym ubraniem, masażem.  Róbta, co chceta. Serio. Ja tylko zachęcam, by czasem w pachnącej kąpieli przyjrzeć się z uwagą swojej relacji z ciałem. To może być klucz do naszej szafy. Zmiany, nawet te w garderobie, warto robić świadomie, zaczynając od głowy i serca, a nie pardon my french od dupy strony.

Ściskam Was serdecznie, gotowa do lata jak nigdy! 😉

W lipcu znajdziecie mnie w tym jeziorze, a wcześniej na socjalach, gdzie wyczekuję Waszych reakcji na ten ekshibicjonistyczny kawałek!

Moda i ciało. Niebezpieczny związek.
Przewiń do góry